Choć sporo łączy nas z południowymi sąsiadami (geograficzna bliskość, językowe podobieństwa, uwarunkowania historyczne, doświadczenia komunizmu, przemiany ustrojowe, a w ostatnich latach rosnąca liczba filmowych koprodukcji i nieformalnych kontaktów), to daleko nam do modelowej współpracy w regionie, jaką wypracowały np. kraje skandynawskie. Mimo istnienia Funduszu Wyszehradzkiego oraz festiwali wyspecjalizowanych w promocji kina czeskiego i słowackiego w Polsce, takich jak Lubuskie Lato Filmowe czy Kino na Granicy, wciąż brakuje silnej reprezentacji naszych produkcji w Karlowych Warach oraz rozwiązań instytucjonalnych i regulacji prawnych, które wspierałyby koprodukcje regionalne. Nie chodzi jedynie o rozwijanie narodowych przemysłów filmowych, ale o myślenie szersze, w kategoriach wspólnoty środkowoeuropejskiej. Na rok 2019 zaplanowane jest wprawdzie wprowadzenie w Polsce systemu zachęt finansowych dla produkcji audiowizualnych zakładające 30-procentowy zwrot kosztów, ale na efekty trzeba jeszcze poczekać.
Marzyłoby mi się, byśmy skorzystali z modelu krajów skandynawskich, które zachowując silną pozycję na rynku europejskim, skutecznie walczą o przebicie się do międzynarodowego obiegu dystrybucyjnego i do szerokiej widowni, również tej za oceanem. Przydałaby się regionalna instytucja wspierająca produkcję i dystrybucję ze środków publicznych i prywatnych oraz współpraca w zakresie świadczenia usług produkcyjnych w poszczególnych krajach dla zagranicznych, także hollywoodzkich, producentów. Skutkowałoby to boomem dla kinematografii narodowych.
To nie przypadkiem Pragę od końca lat 90. nazwano „Hollywoodem Wschodu�, bo to nad Wełtawą powstawały m.in. Mission Impossible, Tożsamość Bourne’a, Casino Royale czy Opowieści z Narnii.
Na szczęście w Polsce sytuacja w ciągu ostatnich lat się zmieniła. Dobrze, że Polski Instytut Sztuki Filmowej zdecydował się trzy lata temu na stworzenie specjalnego wsparcia dla międzynarodowych koprodukcji mniejszościowych. W tym czasie dofinansowano ponad jedną trzecią złożonych projektów, w większości młode europejskie kino, przykładając dużą wagę do współpracy w naszym regionie z funduszami filmowymi przede wszystkim z Czech i Słowacji, choć także z Litwy, �otwy, Ukrainy.
To się zwraca i opłaca. Agnieszkę Kurzydło z firmy MD4 do współpracy przy nowym filmie Jana Hřebejka zaprosił Viktor Tauš, koproducent filmów Czerwony pająk i Czerwony kapitan. Na podobieństwa i różnice tego drugiego tytułu z Psami Pasikowskiego zwraca uwagę Jacek Nagłowski w książce pod red. Ewy Ciszewskiej i Mikołaja Góralika.
W tym miejscu kłania się (przydałaby się osobna publikacja) potrzeba zainteresowania dystrybutorów w Polsce, w Czechach i na Słowacji znakomitymi warsztatowo i doskonale komentującymi współczesność filmami z nurtu artystycznego kina gatunkowego. To wciąż niewykorzystane pole do współpracy, ale i luka w filmowej edukacji Polaków i naszych południowych sąsiadów.
Inna polska koprodukcja Kawki na drodze w reż. Olmo Omerzu z polskim udziałem producenckim Natalii Grzegorzek z Koskino i muzyką Pawła Szamburskiego oraz post-produkcją DI Factory - jest czeskim kandydatem do Oscara, a polsko-czesko-słowacka Fuga w reż. Agnieszki Smoczyńskiej została rewelacyjnie przyjęta w Cannes — nie wspominając o wcześniejszych sukcesach czesko-słowacko-polskiej koprodukcji Ja, Olga Hepnarová (z nominacją do Czeskich Lwów dla Michaliny Olszańskiej jako najlepszej aktorki pierwszoplanowej i dla Adama Sikory jako najlepszego operatora). O tym, że faktycznie coś drgnęło we współpracy koprodukcyjnej między Polską i Czechami, świadczy także nagroda dla Agnieszki Holland za Gorejący krzew (laureat Czeskich Lwów) i międzynarodowe sukcesy Pokotu.
Trudno także pominąć milczeniem coraz liczniejszy udziaÅ‚ polskich aktorów w kinie naszych poÅ‚udniowych sÄ…siadów. MaÅ‚gorzata Kożuchowska, Michalina OlszaÅ„ska, Maciej Stuhr, Andrzej Mastalerz, Andrzej DelÄ…g, MichaÅ‚ Å»ebrowski –&²Ô²ú²õ±è; dla Czechów i SÅ‚owaków sÄ… to Å›wietni aktorzy z nieogranymi twarzami, a w rolach, które im siÄ™ w koprodukcjach proponuje, uciekajÄ… od image’u wykreowanego przez nich w Polsce.
To w ogóle temat na odrębny esej. Głębszej analizy wymaga także inne zjawisko. Ostatnie edycje festiwalu w Karlowych Warach przekonują, że podział na polskie kino martyrologiczne i czeskie autoironiczne, pełne humoru, przestaje być taki oczywisty jak przed laty. Adaptacja Braci Karamazow Petra Zelenki w Nowej Hucie jest tego świetnym przykładem i zarazem zapowiedzią. Dobrze, że ten temat przywołany został w monografii, która pobudziła mnie do powyższych refleksji.
Brakuje mi w tej kwestii szerszego spojrzenia. Choćby dlatego, że ostatnie lata pokazują, że nadal, mimo pozytywów, mamy na tym polu wiele do zrobienia i to, co dziś obserwujemy, jest kontynuacją trudności, choć innego rodzaju.
W przeszłości niestety nazbyt często cieniem na naszych relacjach kładła się polityka, napięcia w stosunkach międzynarodowych, odgórnie narzucana propaganda, uprzedzenia, stereotypy utrudniające współpracę i edukację. Dziś zastąpiła je rywalizacja o zagraniczne usługi producenckie, w której, póki co, przegrywamy z Czechami i Słowakami.
Z drugiej jednak strony, co zaznaczają autorzy , we wszystkich okresach historii dochodziło do kontaktów nieoficjalnych i autentycznej, niewymuszonej współpracy oraz ciekawości innego. Dzięki temu panorama wzajemnych kontaktów stała się bogatsza i bardziej złożona, choć nie wyczerpuje całości tego niezwykle skomplikowanego zagadnienia.
Doceniam fakt, że ta monografia w ogóle powstała, bo publikacji na ten temat było w Polsce zadziwiająco niewiele. Mam szacunek dla autorów, którzy w swoich esejach zarysowali szeroką perspektywę historyczną kontaktów filmowych z naszymi południowymi sąsiadami od lat przedwojennych - przez czas komunizmu aż do okresu po 1989 roku. Co więcej, filmoznawcy oraz bohemiści polscy i zagraniczni w równym stopniu jak relacjom na szczeblach oficjalnych instytucji - poświęcili uwagę zarówno mniej znanym i niekoniecznie zrealizowanym pojedynczym projektom, problemom recepcji sukcesów filmowych Andrzeja Wajdy, edukacji filmowej, jak i wspomnianym kontaktom nieformalnym, prywatnym, co szczególnie widać w wywiadzie z Januszem Majewskim, autorem m.in. znakomitej koprodukcji Zaklęte rewiry.
Mamy zatem z Czechami i Słowakami długą, ale i trudną, pełną zakrętów historię kontaktów filmowych. Przyglądając się współczesnym relacjom i koprodukcjom, warto o tym pamiętać, bo jest to ciągły proces wzajemnego uczenia się, inspirowania i czerpania z siebie. Nie ma od niego odwrotu. pod redakcją Ewy Ciszewskiej i Mikołaja Góralika jest krokiem milowym w opisie tego zbliżania i pokonywania kolejnych barier. Dziś już nie tyle politycznych i historycznych, ile mentalnych, kulturowych, organizacyjnych, ekonomicznych. Czekam na ciąg dalszy i nie wątpię, że powstanie.
Więcej tekstów autorki znajdziesz .